Zręcznie robione dla spragnionych ciepła i koloru – poznajcie markę By my mum

Zręczne robótki są tworzone przez dwie siostry, Małgosię i Ziutę, które dzielą się ciepłem, kolorami oraz swoją pasją do stwarzania i przetwarzania. Na co dzień działają w dobrze oświetlonej pracowni na Gocławiu, gdzie pośród kolorowych skrawków i etnicznych wzorów powstają wyjątkowe nerki oraz różne materiałowe cuda. 

Jakie są początki by my mum? Kiedy i jak zaczyna się Wasza historia? By my mum: Zaczęłyśmy jakieś 3, 4 lata temu, niestety nie pamiętam dokładnie. Na początku zajmowaliśmy się robieniem na drutach, to był nasz pomysł na „biznes”. Tworzyłyśmy czapki, rękawiczki, skarpetki, różne autorskie modele takie jak kominy czy wymyślne szaliki. Miało być kolorowo! Później zaczęłyśmy też szyć drobiazgi takie jak piórniki, poduszki, saszetki, coś co mogłyśmy podarować w prezencie dzieciom, przyjaciołom, rodzinie. W pewnym momencie, kiedy ktoś pytał dzieci Małgosi skąd mają takie fajne rzeczy, one odpowiadały „by my mum”, po angielsku dlatego, że Małgosia mieszkała wtedy w Anglii i szycie traktowała jako hobby. Na którąś z gwiazdek dostała od swoich dzieci paczkę paczkę stu metek ze złotym napisem „by my mum” – to był impuls do tego, aby to wszystko bardziej sformalizować, Małgosia założyła więc oficjalną działalność i zaczęła tworzyć pod metką „by my mum”. Ja byłam z nią od początku, pomagałam, podrzucałam pomysły i tak zostało. A jakiś czas temu dołączyła do nas Julka, która rozruszała nam media społecznościowe. 

Który z Waszych produktów jest dla Was najważniejszy? Naszą flagową rzeczą, którą robimy i dzięki której jesteśmy rozpoznawalne, jest nerka. Pierwszy projekt powstał ze trzy lata temu na wyraźną prośbę naszych dzieci. Zaczęłyśmy więc poszukiwania idealnego modelu – oglądałyśmy różne fasony, szukałyśmy inspiracji, potem zaczęłyśmy nasze pomysły rozrysowywać, tak żeby wypośrodkować to na co wpadłyśmy i to co nam się podoba. Tak powstał prototyp z białych szmatek, a potem pierwsza nerka, model, który szyjemy do dziś. Naszym znakiem rozpoznawalnym są kolory i wzory, oraz to, że korzystamy z materiałów z odzysku. Dostajemy je od znajomych, znajdujemy w lumpeksach. Korzystamy ze ścinek oraz starych materiałów. Do produkcji nerek wykorzystujemy też poliester, dzięki niemu są one wodoodporne, ale minusem jest, że musimy go kupować i na razie nie znalazłyśmy żadnego materiału, którym mogłybyśmy go zastąpić. 

Co jest dla Was najważniejsze w prowadzeniu działalności? Jakimi zasadami się kierujecie? Najważniejsze jest dla nas to, że same możemy decydować o tym co i w jaki sposób szyjemy. Robimy tylko to, co się nam podoba, nie podejmujemy się wykonywania projektów, które ktoś nam podsuwa jeśli z jakiegoś powodu nie będziemy miały z tego frajdy. Naszą najważniejszą zasadą jest to, aby tworzyć niepowtarzalne produkty – żadna nerka, portfel, saszetka, plecak czy torba nie mogą być takie same. Ale właśnie te dbanie o różnorodność sprawia nam najwięcej przyjemności. Naszym ulubionym momentem szycia jest dopieranie wszystkich tych kolorowych szmatek, sprawdzanie jak grają ze sobą poszczególne wzory i patterny. spędzamy nad tym bardzo dużo czasu, wymieniając się swoimi pomysłami i uwagami, a potem zaczynamy szycie, krojenie, spinanie szpilkami i spotkania z klientem.

Piszecie o tym, że tworzycie rzeczy dla spragnionych ciepła i koloru. Czy Waszym zdaniem jest ich w modzie coraz mniej? I dlaczego to takie ważne żeby było i ciepło i kolorowo?  „Ciepło i kolorowo” to hasło, które wzięło się od naszego początkowego dziergania na drutach. Charakterystyczną cechą naszych produktów było to, że to były tworzone metodą Fair Isle, dzięki której uzyskiwałyśmy drobniutkie, kolorowe wzory. Robiłyśmy skarpetki, czapki, to były nasze pierwsze produkty, z którymi wyszyłyśmy poza dom i poza rodzinę. Kiedy zaczęłyśmy szyć, na początku korzystałyśmy z etnicznych, kolorowych tkanin, były tam wzory hinduskie i afrykańskie,  które łączyłyśmy z kolorami naturalnymi, ziemi. Nasze rzeczy tym się właśnie charakteryzują – są kolorowe, różnorodne i to się nam podoba. Oczywiście szyjemy też rzeczy, jak to mówimy, dla architektów, bardziej stonowane, czarne, szare, monochromatyczne, ale to kolor jest u nas dominujący. W modzie koloru dziś nie brakuje, ale często wydaje się on być przypadkowy. Ważne jest natomiast to, jak się te kolory zestawia i łączy. My poświęcamy temu dużo czasu i uwagi. 

Jak wygląda Wasza współpraca? Jakie wyzwania stawia przed Wami to, że jesteście siostrami? W czym to pomaga w prowadzeniu wspólnej marki? Dobrze nam się razem pracuje bo mamy dobre układy „pozafirmowe”. Siostrzeństwo dużo nam ułatwia, dzięki temu możemy śmiało mówić o tym, jak chcemy pracować. Jedna ma ochotę na to, a na coś innego już nie, więc niech zrobi to ta druga. Dzielimy się. Ja wolę konstruować, może to wynika z wykształcenia architektonicznego, Gośka z kolei lubi dobierać kolory i grzebać w szmatkach, obie szyjemy i cały czas się uczymy, jak robić pewne rzeczy lepiej lub po prostu inaczej. Myślę, że się dopełniamy.

Czy zrównoważone i świadome podejście do mody i tworzenia jest dla Was ważne? Tak, jak najbardziej. Często towarzyszy nam takie poczucie, że rzeczy i tak jest już za dużo. Dlatego staramy się tworzyć nasze produkty z materiałów z drugiej ręki. Wykorzystujemy i recyklingujemy  to, co się da – suwaki, guziki, nawet kieszenie. Jednocześnie szyjemy tak, aby naszych rzeczy można było używać jak najdłużej, a gdy Klientom coś się psuje, trzeba wymienić zamek lub przeszyć pasek w nerce, zapraszamy ich do naszej pracowni. Cieszy nas to, że dzięki nam nie muszą kupować kolejnej, nowej rzeczy. 

Czy pandemia w jakiś sposób wpłynęła na Waszą działalność? Zasadniczo, ponieważ na początku pandemii zaczęłyśmy szyć maski, dla tych, którzy potrzebowali ich najbardziej – osób pracujących z ludźmi w kryzysie bezdomności lub tych z ośrodków pomocy. To było ważne, bo pozwoliło nam w jakiś sposób poradzić sobie z całą tą sytuacją. Najlepsze było to, że mogłyśmy sobie pozwolić na to, żeby szyć maseczki pro bono. Spokojnie możemy powiedzieć, że uszyłyśmy ich tysiące! Pandemia zmusiła nas też do tego, aby znaczną część sprzedaży przenieść do sieci. Do tej pory pojawiałyśmy się na różnych targach, festiwalach, wydarzeniach, ale kiedy tego zabrakło stwierdziłyśmy, że musimy pojawić się w social mediach. Dołączyła więc do nas Julia, dzięki której wszystko zaczyna się rozhuśtywać. 

Jakie macie plany na przyszłość, czego można Wam życzyć? Chciałybyśmy oczywiście dalej tworzyć rzeczy, które sprawią, że nasi Klienci są zadowoleni i mają frajdę z tego, że mogą je kupić. Szyjemy fajne rzeczy dla fajnych ludzi. W planach mamy otwarcie sklepu internetowego, ale jeszcze się nad tym zastanawiamy, bo dzięki Julii nasze media społecznościowe dobrze się sprawdzają. Cieszymy się, że możemy robić to, co robimy. 

Słowa: Weronika Zajkowska 

Zdjęcia: Mania Bociańska

Instagram: https://www.instagram.com/bymymum_/

Kategorie
Moda / Projektowanie / Rzeczy / Rzemiosło
Udostępnij