Wszyscy chcemy dobrobytu. Beata Bochińska o pokoleniu Marii Konodo

Zgrabnym lobem przeszliśmy od czasów niedoboru do epoki hiperkonsumpcji. Ta zmiana nie jest tylko zmianą gospodarczą, ale stanowi przede wszystkim zmianę mentalną. Ba! Dla nas, żyjących za dawną żelazną kurtyną, w świecie ustawicznych braków, jest terapią szokową.

Pokolenie naszych babek i dziadków szanowało, ceniło, oszczędzało i naprawiało codzienne przedmioty, które podkreślały ich status materialny i przynależność klasową. Wartość tych przedmiotów była wysoka i wymagała ciężkiej pracy, by móc się nimi na co dzień cieszyć. My je wymieniamy z dnia na dzień, mimo że się nie zużyły, lub w ogóle z nich rezygnujemy na rzecz wypożyczania lub współdzielenia. Dzieje się tak w zależności od naszego zrozumienia, czym są dla nas dobrobyt i dobrostan. W każdym razie wartość większości przedmiotów materialnych maleje, a ich liczba rośnie.

Rewolucje

Mieszkańcy tej części Europy zdążyli przywyknąć do dwóch systemów rządzących produkcją i dystrybucją dóbr, których na co dzień potrzebujemy: socjalistycznego, czyli zarządzanego centralnie (ceny produktów ustalane były w nim odgórnie i nie podlegały zmianom), i kapitalistycznego, rządzonego regułami wolnego rynku (to popyt i klient decydują o cenie). Żyje pokolenie, które poddawało się regułom obu tych systemów, ja do niego należę. Żaden z nich nie był doskonały dla większości ludzi.

Równolegle do zmian, które nas dotyczyły, wydarzyła się kolejna globalna rewolucja. Cyfrowa. Okazało się, że nie jest ona mniej istotna niż nasza polityczna z końca XX w. i ta wcześniejsza, czyli przemysłowa z XIX w. Przemysłowa wprowadziła wytwórczość masową, seryjną i zestandaryzowaną. Ta najnowsza rewolucja, cyfrowa, spowodowała zmiany nie tylko sposobów produkcji i dystrybucji, ale również reklamy i, co najważniejsze, skróciła łańcuch dostaw produktów na rynek, skutecznie usuwając pośredników. Dzisiaj każdy może prowadzić swój własny, wirtualny sklep. W wyniku tej rewolucji na Ziemi można wyprodukować niemal wszystko, dostarczyć wszędzie i, co najistotniejsze, można to zrobić bardzo tanio. Wydawałoby się, że o to nam wszystkim chodziło: by każdego było stać na wszystko i żeby wszystko było estetyczne, ergonomiczne i funkcjonalne i by było dostępne na co dzień.

Katastrofa na zawołanie

Tak jak rewolucja przemysłowa powołała nowy zawód projektanta wzornictwa przemysłowego, czyli twórcy projektów masowo produkowanych przedmiotów, tak cyfrowy świat zmienił nasz dostęp do tych przedmiotów i powołał twórców platform sprzedażowych i nowych usług. Możemy zamówić bez kosztownych wyjazdów miliony rzeczy dostępne na jeden klik w wirtualnych sklepach, a płatność obsłużą wygodne aplikacje. Wybór i dostępność rzeczy stały się nieograniczone. I właściwie moglibyśmy westchnąć, że przyszło nam żyć w czasach wielkiej szczęśliwości, w której technologia nareszcie daje ludziom szansę na wielki dobrobyt, gdyby nie… liczba ludzi.

Na świecie żyje 8 mld ludzi (a za parę lat – pewnie 10 mld) potrzebujących energii, wody, zdrowej żywności i czystego powietrza, a równocześnie niechcących zrezygnować z dostępności tanio produkowanych przedmiotów codziennego użytku. Wszyscy chcą dla swoich dzieci dobrobytu. Planeta niestety nie ma nieograniczonych zasobów. Ani energetycznych, ani wody, ani czystego powietrza, zatem musielibyśmy zrezygnować z ilości i dostępności dóbr, by wyrównać jej dewastację. Okazało się, że samo wyrównanie szans i dostępu nie jest dla nas, jako ludzkości, najważniejsze. Marzenia poprzednich pokoleń się spełniły, ale skutki tego egalitaryzmu okazują się katastrofalne.

Tu nie chodzi o pieniądze

I tu wracamy do kwestii mentalnej, a nie zamożności czy rzeczywistych potrzeb. Nowe pokolenie wychowane na nadmiarze bodźców, z cyfrowym szkieletem kulturowym, zasypywane z dnia na dzień milionami zetabajtów informacji, bardzo świadomie musiałoby obrać strategię radykalnego filtrowania. Musiałoby chcieć skorzystać z wolności wyboru odrzucania wielu kuszących i, co ważniejsze, dostępnych (czasem nawet bezpłatnych) rzeczy i usług. Wolność wyboru w tym kontekście oznaczałaby samoograniczenie.

Oglądający filmy na platformie Netflix z serii o porządkowaniu domów i wyrzucaniu zużytych przedmiotów musi z przerażeniem obserwować, do czego prowadzą gromadzenie i kompulsywne pozyskiwanie dostępnych i tanich tysięcy rzeczy, które ostatecznie ograniczają miejsce do życia ich właścicieli. Wolność wyboru przyszłych konsumentów przestaje mieć znaczenie wyłącznie w kategoriach „który przedmiot wybrać”, ale „czy w ogóle go brać” mimo że jest dostępny.

Apelujemy!

Apel prof. Wandy Telakowskiej, założycielki IWP, o piękno dla wszystkich i na co dzień ma w tym kontekście inne znaczenie. Wolność estetycznego wyboru musi iść dzisiaj w parze z odpowiedzialnością i świadomym samoograniczeniem. Czy świat, który jest na etapie niedoboru, zgodzi się na takie ograniczenie? Czy młode pokolenie, które jeszcze nie zaznało nadmiaru, będzie na tyle odporne na propozycje cyfrowego rynku, by ustawić filtry na „mniej”?

Może najpierw na te pytania musi sobie odpowiedzieć pokolenie przesytu, w tym my, Europejczycy, żyjący jeszcze do niedawna za żelazną kurtyną.

Słowa: Beata Bochińska

Zdjęcia: Unsplash

Kategorie
Ekologia / Świadomość / Świat
Udostępnij