Tu księżyc miesza się ze słońcem i “Florą” – założycielka MOKAVE o sile Człowieka

Powinniśmy nauczyć się odkrywać swoje emocje. Dobrze też, gdy udaje nam się je zawrzeć bądź wyrazić w dowolnej formie. Ukryć je można chociażby w biżuterii. Spotkać się z kimś bliskim bądź zupełnie nieznanym, porozmawiać, a w efekcie wymiany doświadczeń i emocji stworzyć coś wyjątkowego – obrączki, kolczyki, pierścionki – symbole, które towarzyszą nam każdego dnia. Doskonale wie o tym Pola Chrobot, założycielka marki Mokave.

Jesteś dla mnie pewnego rodzaju zagadką. W swojej biżuterii łączysz delikatność z siłą i charakterem. Nie uważasz, że to może się wykluczać? Absolutnie nie. Przecież te cechy łączy prawie każda z nas. Kobiety mają wiele twarzy i w zależność od okoliczności i potrzeby, aktywujemy swoje moce – raz to delikatność, innym razem odwagę czy siłę. Dlatego moja biżuteria ma podobne cechy, bo jest tworzona przez kobietę dla kobiet.

Wyraziste są nie tylko Twoje pierścionki, ale również sama idea marki. Mokave to dobrze sprecyzowany brand, który stawia na współczesny zachwyt naturą i minimalizmem. To chyba nigdy się nie znudzi, prawda? Tak naprawdę marka MOKAVE wypływa z mojego serca i duszy więc mam nadzieję, że dzięki temu jest autentyczna i naturalna. Mnie osobiście bardzo fascynuje surowe piękno natury, magia i symbolika oraz etniczne i antropologiczne znaczenie kultury i spuścizny człowieka. To wszystko staram się zawrzeć w mojej biżuterii. Myślę, że te aspekty drzemią w naszych trzewiach i podstawach, dlatego są ponadczasowe i nieprzemijalne. Staram się te elementy zawsze sprowadzić do prostego, minimalistycznego przedmiotu, który swoją formą ma być współczesny. Chodzi mi o to, by przemawiał w swej estetyce do człowieka współczesnego, ale wywoływał w nim dreszcz emocji związany z poczuciem naturalnej, skrywanej w sobie mocy.

Inspiruje Cię natura, pierwotne formy, ale odnoszę jednak wrażenie, że to ludzie i ich historie stanowią największą inspirację. Tak. Fascynacja człowiekiem i jego kulturą jest niespożytym źródłem inspiracji. Lubię odkrywać te autentyczne historie, które niosą w sobie prawdziwe emocje, uczucia. W nich zawarte są symbole i prawdziwa magia. Kiedy przekazuje ludziom wykonany dla nich element biżuterii, robiony z dobrą intencją, wiem, że poza materialną stroną niesie on w sobie już całą masę symbolicznych znaczeń i staję się unikatowy i wyjątkowy. Praca dla ludzi jest więc ogromnym spełnieniem i chyba najciekawszą stroną mojej pracy.

Zanim zaczynasz tworzyć wyjątkowe obrączki to… no właśnie, spotykasz się z młodą parą, wysłuchujesz historii? Tak. Bardzo to lubię i naprawdę wolę choć raz spotkać się z nimi na żywo. Tworząc dla nich symbol miłości, czyli obrączki, mam w głowie ich obraz, ich historię, ich styl i oczekiwania. Myślę, że te dobre myśli, zakute w obrączki, dają się wyczuć. Bo na żywo więcej można zobaczyć, omówić, wytłumaczyć, wypracować. Obecnie jednak mamy czas, w którym spotkania bywają ograniczane, kontakt przenoszony do strefy wirtualnej. Akceptuję te warunki i szanuję współczesne ograniczenia. Jednak kontakt międzyludzki jest nieoceniony i nie da się go niczym zastąpić.

Jakie więc było Twoje najciekawsze zlecenie? Coś szczególnie utkwiło Ci w pamięci? Było ich wiele, każda historia jest unikatowa i niepowtarzalna. Nie umiem wybrać jednej, mam ich w głowie bardzo dużo. Pamiętam parę rodziców, którzy dostali prezent od dzieci i na rocznicę ślubu przetopili stare obrączki na bardziej współczesne i dopasowane do nich. Pamiętam parę, której stworzyłam klasyczne obrączki, ale z subtelną symboliką. Byli entuzjastyczni i otwarci na propozycje, dzięki temu powstał piękny komplet z symbolem słońca i księżyca. Często dany wzór od razu „wybiera” osobę. Od razu wtedy widać, że dokładne ten motyw pasuje do danej osoby. Pamiętam także zlecenie, gdzie wnuczka, po śmierci ukochanego dziadka, poprosiła o to, by umieścić w biżuterii pukiel jego włosów. Zostały one zalane żywicą i powstał z nich wisior, będący bardzo intymnym talizmanem.

Jestem ciekawa jak definiujesz piękno. Dla mnie piękno to naturalność, autentyczność i pewność siebie. Jeśli czujemy się dobrze, spokojnie i swobodnie, emanuje z nas to piękno, które zachwyca otoczenie.

A siebie jak postrzegasz? Jaką projektantką jesteś i dla kogo? Myślę, że mam w sobie właśnie tą autentyczność. Mokave powstało z potrzeby serca i stworzenia własnej przestrzeni wyrazu. Zawsze chciałam być niezależna i tworzyć coś namacalnego. To właśnie urzeczywistniło się w MOKAVE. Do tego dodaję swojej biżuterii znaczenia i dobrych intencji – mam nadzieję, że to czuć, Tworzę biżuterię, dla osób ceniących rękodzieło i szukających czegoś więcej niż zwyczajnej ozdoby. To ma być rodzaj współczesnego talizmanu.

Myślisz, że na przestrzeni lat marka Mokave będzie ewoluować? Od czego się zaczynało i w jakim kierunku to idzie? Oj, tak. Na pewno – zmienia się razem ze mną. Rozwija się. Zaczęło się jako rodzaj eksperymentu. Stworzyłam własna markę, gdzie tworzyłam proste rękodzieło. To była odskocznia od rutyny pracy etatowej, rodzaj artystycznego wyżycia się i realizacji ambicji, by tworzyć coś całkowicie na własnych zasadach. Nie spodziewałam się, że to rozwinie się jako pełnowartościowa marka biżuteryjna. Jednak ten rodzaj pracy i spełnienia był bardzo inspirujący i motywujący, dlatego nie odpuszczałam. Potem pojawiła się przerwa w życiu zawodowym spowodowana ciążą i macierzyństwem. W tym czasie poznałam Magdę Paszkiewicz, do której zaczęłam chodzić na indywidualny kurs jubilerski, a potem skończyłam studia podyplomowe na specjalności „Projektowanie biżuterii” na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Wtedy wszystko pogalopowało. Założyłam własną działalność jubilerską i zaczęłam tworzyć biżuterię szlachetną, wykonywaną tradycyjnymi technikami jubilerskimi. Poczułam, że to jest właśnie to, co chcę w życiu robić i wszystko, co mnie spotkało po drodze i czego się nauczyłam, było po to bym mogła tworzyć biżuterię MOKAVE.

Czy zawdzięczasz komuś to co osiągnęłaś? Wiesz, niektórzy niemalże „wysysają sztukę” z mlekiem matki. Nie mam w rodzinie nikogo, kto byłby jubilerem, ani nawet rzemieślnikiem w innym fachu. Tym bardziej nikt nie był i nie jest związany ze sztuką. Rodzice są inżynierami, siostra jest lekarzem. Mama była konstruktorem w dużej kieleckiej firmie zajmującej się armaturą chemiczną – może nieco zmysł projektowania mam więc po niej? Tata budował domy, drogi i to on dał mi pierwsze narzędzia – szczypce i kleszcze. Od małego lubiłam bawić się w jego skrzyniach ze śrubkami, młotkami, śrubokrętami. Może dlatego bardzo lubię brudną pracę w swoim warsztacie? To, co stworzyłam jest głównie efektem mojej pracy, wykorzystywania szans i szczęścia, które mam wrażenie mi sprzyja. Ale wychodzę z założenia, że marzenia się nie spełniają – marzenia spełnia się samemu i tak właśnie stało się z MOKAVE. Oczywiście nie byłabym tu, gdzie jestem, gdybym nie spotkała na swojej drodze odpowiednich ludzi, którzy mnie zainspirowali. Przede wszystkim mój partner życiowy, Marcin, dał mi wiarę w to, że można pracować na własny rachunek i na własnych zasadach i być w czymś świetnym. Wspierał pomysł tworzenia własnej marki i dał odwagę sięgnąć po marzenia. Przyjaciółka Marta, która była od początku tworzenia marki. Pozowała do pierwszych zdjęć, jeździła na pierwsze targi i służyła radą i dobrymi pomysłami. Obecnie zawsze mnie wysłucha, mogę liczyć na jej szczere uwagi i jest wiernym kibicem Mokave. Magda, z którą dzielę przestrzeń, to jubilerka, która nie bała się przyjąć mnie na nauki i podzielić się ze mną swoją wiedzą. Dzięki jej otwartości, szczerości i wsparciu mogłam poznać podstawy jubilerstwa i rozwinąć Mokave. Obecnie nasza znajomość trwa i przerodziła się także w przyjaźń prywatnie. Jesteśmy przykładem, że kobiety umieją się wspierać i współpracować, a nie tylko rywalizować. A z takiej współpracy rodzi się tylko dobro.

Jak doszło do założenia pierwszego warsztatu? Pierwszy warsztat jubilerski założyłam właśnie z Magdą. Ona planowała zmienić siedzibę, bo rozwijała siebie i swoją markę M Paszkiewicz Jewelry. Ja postanowiłam zmienić pracownię rękodzieła na miejsce własnej firmy, gdzie mogłaby zakupić maszyny jubilerskie i wykonywać ozdoby tradycyjnymi technikami jubilerskimi. Idealnie się zgrałyśmy, choć myślę, że to było po prostu przeznaczenie. Tak powstała nasza wspólna przestrzeń kreatywna, którą nazwałyśmy Pracownia JUBILERKI w Łodzi. Każda z nas tworzy w niej, rozwija się i prowadzi niezależnie własną działalność. Jednocześnie tworzymy przestrzeń wspólną, gdzie oferujemy swoje wyroby, mamy jasny podział swoich kompetencji i działań, dlatego możemy zaoferować klientom pełen wachlarz usług.

Zakładam, że to właśnie w nim, warsztacie, spędzasz największą ilość czasu. Gdyby jednak ktoś chciał zakupić bądź spotkać Cię w innym miejscu, to gdzie? Najczęściej na targach. W miarę możliwości staram się pojawiać regularnie. Jeżdżę na targi jako Mokave lub reprezentuję naszą pracownię Jubilerki. Są to targi mody lub designu czy alternatywne targi ślubne. Najczęściej są to duże miasta: Warszawa, Gdańsk, Wrocław, Poznań czy Kraków.  Moją biżuterię można znaleźć także w kilku Concept Store’ach jak: Cloudmine w Warszawie czy Rzeczy Same w Krakowie.

Rozmawiała: Malika Ledeman

Zdjęcia: Norma Ilnicka, materiały własne MOKAVE

Kategorie
Projektowanie / Rzeczy / Sztuka
Udostępnij