Mikrokosmos Rzeczy: Kosmos wyobrażony

Nikt z nas nie był i nigdy nie będzie kosmonautą – udało się to do tej pory tylko pięciuset pięćdziesięciu pięciu ludziom. To, co mi i Tobie zostaje, to ledwie wyobrażenie kosmosu, mgliste, choć silnie zakorzenione w powojennej popkulturze.

„Czas i przestrzeń umarły wczoraj

Krzyczał Marinetti w swoim manifeście, jednak będą musiały minąć dekady, nim ludzkość przekształci futurystyczne umiłowanie „księżyców elektrycznych” w prawdziwy kosmiczny wyścig o dominację we Wszechświecie. Podobno wszystko jest polityczne; takież podłoże miała też profetyczna fascynacja przyszłością, która zawładnęła społeczeństwem po 1946 roku. Opływowa, dostojna architektura modernizmu lat trzydziestych i jej najbardziej aerodynamiczna wersja Streamline, w zetknięciu z hurraoptymizmem dzieci Atomowej Ery, wybuchła niczym radosny, amorficzny grzyb w odcieniach lila róż i baby blue. Styl Googie, który zadomowił się szczególnie w architekturze przydrożnych barów, kręgielni i moteli zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, w latach 50. odzwierciedlał ówczesne wyobrażenia na temat kosmosu, podsycane dodatkowo przekazami o widzianych raz po raz latających spodkach. To wtedy właśnie oktagonalny Chemosphere, projektu Johna Lautnera, rozpięty jakimś pozaziemskim wysiłkiem nad kalifornijskim urwiskiemzyskał miano najnowocześniejszego domu na świecie.

Luksus dla wszystkich!

Sprzymierzeńcem nowej poetyki został fantastic plastic – winyl, akryl, polistyren, poliester i nylon, nareszcie oderwane od surowej użyteczności przemysłu zbrojeniowego lat czterdziestych, eksplodowały obfitością barw i kształtów. Symetria stała się nudną pieśnią przeszłości, w dekadzie wzorniczego nadmiaru zapanuje eklektyczna magma struktur molekularnych, ameb, nerek, bumerangów i ufo-podobnych form zdobionych motywem zebry, leoparda, kropek i zygzaków, czy abstrakcyjną galaktyką asymetrycznych chlapnięć zawieszonych w próżni koloru. Odtąd sztuczne (i mało przewiewne) tkaniny drukowane w przepyszne wzory, niepoliczone formy akrylowych broszek, spinek i naszyjników, torebki z przezroczystego niczym kryształ plastiku Lucite, czy w końcu zaprojektowane w 1965 roku przez André Courrèges’a, a powracające na wybiegi co dwie dekady, winylowe, białe buty Go-go zawładnęły ulicą, tak jak lampy Lava zawładnęły salonem, a girlandy sztucznych kwiatów i owoców kuchnią. Design ery kosmicznej wyrażał ufność w nowe technologie i miał charakter wernakularny; polifoniczna fala kiczu skłębiona ze sztuką modernizmu w przystępnych cenach zaowocowała jeszcze jedną, jakże trafną nazwą tego okresu – Populuxe. Po naszej stronie żelaznej kurtyny, także pragnęliśmy być nowocześni, choć w socjalistycznej Polsce paradygmat nowoczesności wyprowadzony był raczej ze sztuki abstrakcyjnej i funkcjonalnego utylitaryzmu.

Z jednej strony Instytut Wzornictwa Przemysłowego w latach 50. nie miał szans na zakup najnowocześniejszych technologii z Zachodniej Europy, więc skupił się na próbie odbudowy polskiego przemysłu dzięki zastosowaniu tradycyjnych metod i w oparciu o te surowce, których w Polsce było pod dostatkiem – drewno, pokłady gliny do wyrobu ceramiki i piasek przetwarzany na szkło. Z drugiej zaś strony, uderzająca wielość form produkcji zachodniej kłóciła się ze społecznymi hasłami, głoszącymi potrzebę oszczędności i anty-konsumpcyjnego charakteru wzornictwa. Plastik, jako oficjalny materiał budujący socjalizm, pojawi się u nas ponad dekadę później niż na Zachodzie. W latach 50. i 60. głównymi tworzywami sztucznymi będą wciąż celuloid, bakelit i ich pochodne, wykorzystywane przede wszystkim w wyrobach galanteryjnych i przemyśle zabawkarskim oraz w wytwórczości jarmarcznej, wykonywanej chałupniczo w prywatnych zakładach. Drobne bakelitowe pamiątki znad morza czy celuloidowe figurki z kiosku będą zresztą budzić niesmak w środowisku akademickim; kojarzone z kiczem szybko staną się antytezą tak upragnionej wówczas nowoczesności. Jestem przekonana, że to właśnie w tych ulotnych, niekoniecznie udanych drobiazgach ukrył się Zeitgeist – chcieliśmy pierwsi witać Przyszłość, ale mieliśmy jedynie ceratowe proporczyki z niewprawnie przerysowaną sylwetką Myszki Miki.

Jestem tu nad wami

Prawdziwy podbój przestrzeni pozaziemskiej i zarazem zainteresowanie Polaków kosmosem rozpoczyna się dopiero 4 października 1957 roku, kiedy Związek Radziecki z powodzeniem wystrzelił pierwszego satelitę. Sferyczny, odblaskowy, przypominający kształtem budowę atomu Sputnik 1 nie umiał wiele więcej poza wysyłaniem sygnału potwierdzającego swoją pozaziemską obecność. „Jestem nad wami” było pierwszym komunikatem z kosmosu, histerycznie nadawanym trzy razy na sekundę, który mógł być odebrany przez każdego radioamatora na Ziemi. Nasz towarzysz podróży (bo tak należy tłumaczyć słowo sputnik) pobudził wyobraźnię. Sputnikiem nazwane zostaną radzieckie maszynki do golenia i odkurzacze, a wariacje na temat kulistego kształtu we wzornictwie będą pojawiać się przez następne dwadzieścia lat. Tak zrodzi się projekt zegara kominkowego Metron w obłej obudowie z barwionego plastiku, wieszak Osvalda Borsaniego, ale powróci też sztandarowy wzór bauhausowski, czyli popielniczka kula, zaprojektowana przez Marianne Brandt, a kopiowana namiętnie przez polskie zakłady aż do lat osiemdziesiątych.

Relaks w okrąglaku

W pierwszej połowie lat 60. polska telewizja zaczyna emitować kreskówkę Odrzutowscy (The Jetsons), którzy poruszają się latającymi samochodami i mieszkają z roboto-gosposią w Okrąglaku (Googie). W tym samym czasie powstaje pomysł na budowę katowickiego Spodka, a Witold Lipiński projektuje futurystyczne obserwatorium na Śnieżce i swój własny dom we Wrocławiu w kształcie kosmicznego igloo. Niedaleko Okęcia powstaje osiedle „kopulaków”, zaś przeszklone, okrągłe pawilony, mniej lub bardziej przypominające podniebne domy z Jetsonów, rosną w całym bloku wschodnim niczym (atomowe) grzyby na deszczu. Podczas gdy moje dzieciństwo mija na podwórkowych kłótniach o to, dlaczego Jetsonowie są lepsi od Flinstonów, dzieciństwo mojego Ojca upływa na pełnym napięcia oczekiwaniu na to, który kraj wygra wyścig na Księżyc. Skrycie kibicuje Amerykanom, sklejając modele rakiet z Małego Modelarza.

Po „wielkim kroku dla ludzkości” produkowane od lat pięćdziesiątych śniegowce Relaks są już nie tylko praktyczne, ale też i modne, bo kojarzą się z butami typu moonwalk. Astronautykę w demoludach najsilniej przetworzy jednak przemysł zabawkarski, opierając się na starszych o kilkanaście lat wzorach zabawek zachodnich. Będzie produkować retrofuturystyczne roboty nakręcane kluczykiem, pojazdy przypominające UFO i rakiety, garnko-podobne łunochody czy kieszonkowe mini-bilardy z planetami w tle. W 1979 roku wrocławska spółdzielnia pracy Palart wypuszcza na rynek Meteora, czyli kosmiczny statek napędzany baterią R20, który błyska wściekle biało-czerwonym światłem, jednocześnie wydając z siebie groźne trzaski i piłowania podczas dość chaotycznego ruchu rotującego, niczym pierwsze odkurzacze Roomba. Rok wcześniej z Kosmodromu Bajkonur wystrzelona została rakieta Sojuz 30 – owoc współpracy państw socjalistycznych zrzeszonych w programie Interkosmos. Na jej pokładzie znalazł się pierwszy i ostatni do tej pory Polak, mjr Mirosław Hermaszewski. Wszechświat jeszcze nigdy nie był tak blisko!

Śmietnikowe kwanty

Po kilkudziesięciu latach galaktycznej żeglugi zostawiliśmy po sobie dwadzieścia dziewięć tysięcy kosmicznych śmieci. Jednocześnie, w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wycięliśmy 50% lasów naturalnych, podwoiliśmy naszą liczebność i przekształciliśmy w sumie 75% powierzchni Ziemi. Porzuciwszy mrzonki o jetsonowskich osiedlach, które uratują nas od (samo)zagłady, powróciliśmy do naszego zaśmieconego mikrokosmosu. Jak słusznie zauważa historyk sztuki George Kubler, popiół kosmicznej burzy, którą nazywamy teraźniejszością musi opaść, byśmy przez ociężałą siatkę naszych zmysłów mogli dojrzeć przeszłość. Niemym, ale nie milczącym nośnikiem przeszłości są natomiast rzeczy, które uparcie przechowują w sobie osoby, daty, drobne wydarzenia i katastrofy, podczas gdy my cierpimy na zaniki pamięci.

Ostatnie ubranie nie ma kieszeni, więc porzucone przez nas resztki lądują w kosmicznym chaosie: obtłuki, kancery, gównidełka, skrawki czyjegoś gustu i cudzej polityki, kurz dawnych zachwytów, drobiny obcej nam mody orbitują wokół śmietników; tracąc konteksty i znaczenia, stają się często bytami wyłącznie (a)estetycznymi. Gdy mają szczęście spotkać się z naszym zainteresowaniem, lądują z wysoką ceną wywoławczą na aukcji designu w Desie, tak jak wazon Asteroid, jeden z wybitniejszych polskich projektów inspirowanych Erą Kosmosu. Gdy mają szczęścia nieco mniej, lądują w śmietniku, skąd wyciągałam identyczny, kobaltowy wazon. Po zmroku czułam pod palcami jedynie jego chropowatą powierzchnię, jakbym trzymała w rękach ciężką, prasowaną, ciemną stronę księżyca, która rozbłysła dopiero następnego dnia, atomowym światłem słonecznym przepuszczonym przez setki szklanych galaktyk.

Nagromadzenie przedmiotów i śmieci, ten masyw materialności, w którym żyjemy sprawia, że to już nie rzeczy przydarzają się nam, by nam służyć, lecz my przydarzamy się rzeczom, jako ich przelotni towarzysze podróży, ludzkie sputniki. Odnaleźć rzecz, to odkryć nieznaną historię, a na śmietniku historii żeruję ja, odkrywając jej kwanty, zagubione mikrokosmosy. Ten cykl będzie o tym wszystkim, zapraszam do wspólnego podróżowania.

Słowa: Kora Tea Kowalska / Archeolożka i antropolożka kultury, wykładowczyni akademicka, kolekcjonerka, autorka strony od Od Rzeczy Skład. Żyje w rzeczach z mężem i pieskiem na gdańskim Dolnym Mieście.

Zdjęcia: Kora Tea Kowalska

Kategorie
Projektowanie / Rzeczy / Vintage
Udostępnij