Luźny (felie)ton: Memento mori na targowisku

Przebijamy się przez kartony, półki, koce z rupieciami, w poszukiwaniu przedmiotów, które na ten ułamek sekundy zapierają nam dech w piersiach. Najpierw nam, potem Wam. Często wychodzimy z pustymi rękami, ale to wcale nie oznacza, że nic nie przyciągnęło naszej uwagi.

Jest wręcz przeciwnie. Niejednokrotnie czuję lub widzę kątem oka jak coś łapie moje spojrzenie. Jeśli uwierzylibyśmy, że przedmioty mają energię, to zdecydowanie są takie, które nią emanują. Szkaradne, śmieszne w swojej brzydocie, nierzadko straszne, ale i poruszające, momentami symboliczne. Ocean koincydencji. Niektóre z nich są nierówno pomalowane, ubite, wyrwane z kontekstu. Dające do myślenia i nie wychodzące za szybko z głowy. Wystawione przez handlarzy w nadziei, że ktoś je jednak kupi. A może zamysł marketingowy jest głębszy i ich szpetota ma podkreślać urodę reszty towaru? Targowiskowe memento mori – niektóre przedmioty dostaną drugie życie, ale są i takie które już na zawsze będą się tułać z miejsca w miejsce, bez szans na adopcję.

Parę lat temu postanowiłam robić im zdjęcia, w związku z czym dorobiliśmy się pokaźnej kolekcji dziwactw uwiecznionych na fotografiach. Jeden z obrazów kupiliśmy, oprawiliśmy należycie w złotą ramę i powiesiliśmy w domu. Mało kto pozostaje wobec niego obojętny i do tej pory trwają dywagacje, co artysta miał na myśli malując sarnę z króliczymi uszami i głową mniejszą od jabłka. Dałam mu jednak drugie życie. Warto.

Słowa: Marta Klonowska-Procków

Zdjęcia: Nihil Novi

Kategorie
Rzeczy / Sztuka / Vintage
Udostępnij