Luźny (felie)ton: Ekoasceta czyli czy można myśleć o planecie i normalnie żyć?

Robienie rzeczy dla innych lub dla wyższej idei jest przez większość z nas utożsamiane z poświęceniem i wyrzeczeniami. Nie jesz mięsa, nie nosisz skóry, nie kupujesz plastiku. Życie z tyloma zakazami wydaje się społeczeństwu być bardzo trudne i smutne. Ja wiem, że tak nie jest, jednak ostatnio sama napotkałam na pewną przeszkodę. Walczę z konsumpcjonizmem, ale nadal lubię rzeczy. Czy to nie podchodzi pod hipokryzję? – pytam sama siebie. Czy jeśli dbam o planetę to muszę być ekoascetą?

Inspiracją do tych przemyśleń były dwie rozmowy, które niedawno odbyłam. Zacznijmy od początku. Na kawie z Dagmarą Malacą, założycielką FOR.REST na Mokotowie, czyli kawiarni/sklepu z porcelaną i roślinami, zastanawiałyśmy się, jak ma się produkcja kubków, misek i wazonów do życia w rytmie slow. Skoro swoim biznesem napędzamy konsumpcyjną machinę, to jak wytłumaczyć sobie, że moje produkty wnoszą do świata coś dobrego? Przecież to nowe rzeczy, a rzeczy są (zgodnie z zasadami minimalizmu)… zbędne. Dzięki Twoim produktom ludzie są szczęśliwsi, nie kupują 10 kubków, ale jeden wyjątkowy. To nic złego, otaczać się ładnymi rzeczami. Czyż nie?

EKOnsumpcjonizm

Nie kupujemy foliówek ani butelkowanej wody, na widok jednorazowych kubków mamy dreszcze, a słomkom w barze ze zgorszeniem mówimy „nie”. Chodzimy z płócienną torbą, mamy własny bidon, herbatę bierzemy do keepcup’a, a w piwie ląduje metalowa słomka. Brzmi elegancko i bardzo eko. Mam w domu z 15 płóciennych toreb, 5 bidonów, 2 (tylko?!) kubki na kawę i aż wstyd się przyznać, ponad tuzin metalowych słomek. Chyba nie trzeba wyjaśniać, że te wszystkie akcesoria, nie są mi potrzebne. Tak samo, jak powtarzam sobie, że nie potrzebuję nowych ubrań.

W sieci sieciówek

Kupuję w ciucholandach, zabieram rzeczy z szafy Babci i sporadycznie kupuję coś od etycznej markiGalerii handlowych unikam jak ognia i, z przyczyn ideologicznych, do sieciówek po prostu nie wchodzę. Nie tylko dlatego, że nie chcę, ale jest mi tak po prostu łatwiej. Rok temu w Berlinie przechadzałam się słynną ul. Ku’Dam, czyli charakterystycznym miejscem zakupowym. Coś podkusiło mnie, aby wejść do sklepu z ubraniami. Wyszłam po około 10 sekundach. Nie tylko dlatego, że cały czas z tyłu głowy miałam świadomość o niskiej jakości i nieetycznym pochodzeniu ciuchów. Poczułam się przytłoczona, a jednocześnie podekscytowana. Uśpiony zakupoholik i rzeczoman obudził się we mnie w zaledwie kilka chwil i jedynym rozwiązaniem było opuścić sklep. Zatem, skoro tak bardzo lubię kolekcjonować przedmioty, a perspektywa zakupów jest tak stymulująca, może konsumpcja leży w naszej naturze, a wstrzemięźliwość to ekoasceza?

Normalne życie czy wygoda?

Już dwa razy użyłam stwierdzenia ekoasceza, które (jeszcze) w słowniku języka polskiego nie występuje, ale jego etymologia odnosi się do drugiej inspirującej rozmowy. Pogawędki z moim bratem o posiadaniu samochodu. Próbowałam wytłumaczyć siedemnastolatkowi, że nie widzę potrzeby, aby do liceum jeździł autem, skoro ma relatywnie blisko i transport publiczny podwozi go pod samo wejście do szkoły. Odwołałam się też do zanieczyszczania środowiska i naszych, zaznaczam, wspólnych wartości. Wtedy usłyszałam – Nie mam zamiaru być ascetą. Muszę dodać, że podczas tej rozmowy to ja byłam za kółkiem i wracaliśmy do domu spod Łodzi. Przejaw kompletnej hipokryzji czy normalne życie?

Chcemy dobrze. Wychodzi jak zawsze

Tłumaczę sobie, że na tym polega umiar i moje poglądy nie mogą mnie izolować od społeczeństwa, bo to właśnie prowadziłoby do owej ekoascezy. Z drugiej strony mam wrażenie, że nasze dbanie o planetę jest często wybiórcze. Kupujemy ekowarzywa, co wpływa dobrze na nasze samopoczucie, bez refleksji czy produkcja bio marchewki wcale nie pobiera więcej wody i nie zajmuje większego obszaru rolnego. Na wakacje na łonie natury latamy na nieskażoną Costa Ricę, a do domu kupujemy energooszczędne sprzęty, których jest tak dużo, że energii raczej nie oszczędzają. Badania pokazały, że osoby o najwyższej świadomości ekologicznej (zazwyczaj osoby o wyższych dochodach i poziomie życia), zostawiają znacznie wyższy ślad węglowy niż nieświadomi szarzy obywatele, którzy odmawiają sobie samolotów, trzech aut i nadmiaru sprzętów AGD.

Mam prawo chcieć mieć

Prawdopodobnie tym artykułem bardziej wprowadziłam zamęt w Waszych głowach, zamiast cokolwiek wyjaśnić. Sama myślałam, że pisanie poukłada mi myśli. Skutek był odwrotny. Udało mi się jednak dojść do pewnego wniosku. Skoro pogodzenie dbania o planetę z codziennym życiem jest tak wielowymiarowe i ciężko jest znaleźć uniwersalnie dobre rozwiązania, może po prostu spróbujmy podejść to tego z dystansem. Jesteśmy tylko ludźmi, a sam fakt, że staramy się żyć lepiej i odpowiedzialniej, to ogromny sukces i powód do samozadowolenia. Ja przyznałam się przed samą sobą, że lubię rzeczy, nowe wyjątkowe przedmioty są ok i mam prawo chcieć-mieć.

Słowa: Karolina Sobańska

Zdjęcia: Mateusz Stefanowicz

Kategorie
Ekologia / Miasto / Rzeczy
Udostępnij