Jak oni to robią: Kai Kotto – Swetry z pajęczej nici

Ubrana w stary sweter mojej mamy, który potwornie mnie gryzie, odwiedzam Paulę Kozłowską w jej pracowni, w starej warszawskiej kamienicy. Na nieużywanym kaflowym piecu, na parapecie i na półkach pod ścianami stoją koszyki pełne kolorowych, wełnianych motków. Na stole wielka maszyna dziewiarska. To tu powstają jej swetry i wełniane dodatki, które tworzy jako Kai Kotto.

Gdy się poznałyśmy kilka lat temu, to mówiłaś, że chcesz zajmować się modą. Ja sobie oczywiście od razu wyobraziłam sukienki. Tak, od zawsze wiedziałam, że chcę się zajmować właśnie modą. Choć na początku to było raczej na własne potrzeby. Po to się uczyłam szyć. A dziewiarstwo było od zawsze takim moim hobby. Nauczyłam się robić na drutach w liceum i od tego czasu stało się to dla mnie taką codzienną czynnością, jak czytanie. Robiłam to każdego dnia, po lekcjach, po zajęciach. Dzisiaj druty mam zawsze gdzieś przy sobie. Nawet, jak chcę sobie odpocząć i włączam jakiś film albo jadę pociągiem, to biorę je do rąk. Odciąga mnie od nich tylko ruch fizyczny albo jedzenie.

Podział na pracę i czas wolny musi być w twoim wypadku wyjątkowo trudny. Dziewiarstwo jest po prostu częścią mojego życia i nie potrafiłabym powiedzieć, czy jest to hobby, czy nie, czy to sposób na zarabianie pieniędzy. W moim przypadku takie podziały nie mają sensu. Nie umiem żyć tak, jak ci twórcy, którzy wyznaczają sobie czas pracy od 8 do 16 i się tego trzymają. Wydaje mi się, że taki rygor wymusza też na przykład posiadanie dzieci. A ja mogę sobie pozwolić na nieco więcej chaosu.

I to jest dla Ciebie ok? Jest takie przekonanie, które się często słyszy: „Nie chcesz pracować do końca życia? To uczyń ze swej pasji pracę i będziesz szczęśliwy.” To nie do końca tak działa. Czasem zrobienie ze swojej pasji sposobu na życie może przynieść sporo goryczy. Bo wcale nie musi być tak, że każdy dzień będzie wspaniały. Nie mówię, że tak jest u mnie, ale naprawdę to ryzykowna decyzja.

A czy zajmując się swoją pasją na pełen etat, zaczęłaś szukać sobie jakiś nowych zajęć „pozalekcyjnych”? Sama nie wiem. Odpoczywam, robiąc swoje projekty, nie na zamówienie. Na przykład ostatnio zaczęłam dziergać taki kapelusz z rondem wiązany pod szyją. Zajmuję się czasem fotografią, ale prawda jest taka, że jak dzisiaj zaczęłam robić sweter, to pewnie będę go robić do północy, bo mam po prostu taką ochotę.

No tak, większa stabilizacja przychodzi chyba w momencie, kiedy i firma się stabilizuje. A ja w ogóle nie chcę się nazywać firmą, marką czy brandem. Śmieszy mnie, gdy ludzie, pisząc do mnie, zwracają się do mnie w liczbie mnogiej albo pytają o kontakt do osoby odpowiedzialnej za relacje z mediami. A ja przecież działam sama. Nie umiałabym nawet zlecić komuś części mojej pracy, bo to dla mnie coś bardzo osobistego.

Tobie przecież bliżej niż do przedsiębiorcy jest do artystki. Z niektórymi rzeczami ciężko Ci się rozstać, innymi chętniej obdarowujesz ludzi niż sprzedajesz. Wydaje mi się, że efekty Twojej pracy mają dla Ciebie większą wartość emocjonalną niż materialną. To prawda! Jest taka artystka z Londynu, która robi swetry w technice intarsji, tej samej, w której i ja pracuję. Ona traktuje swoje rzeczy, jak sztukę, jeżdżąc z wystawy na wystawę. Być może to dlatego, że skończyła szkołę artystyczną. To chyba byłby dla mnie idealny sposób pracy, taki bez presji, bez powtarzania wzorów. Ale nasza rzeczywistość jest inna – dla mnie jedynym wyjściem jest sprzedawanie moich swetrów, dlatego muszę swoją działalność traktować bardziej użytkowo.

Tutaj pojawia się też pytanie o to, czym jest sztuka, a czym rzemiosło. Ja czasem myślę, że odróżnia je od siebie powtarzalność projektów. Wielu projektów nie mogę powtórzyć, choćby dlatego, że miałam tylko określoną ilość wełny w danym kolorze. Ale głupio jest mi nazywać siebie artystką, bo wokół tego terminu narósł duży etos. Wydaje mi się, że określa się nim tylko ludzi, którzy skończyli szkoły artystyczne. Dla mnie rzemiosło, to przede wszystkich zestaw nabytych umiejętności. Ale to nie znaczy, że wykorzystując je, nie możesz się rozwijać artystycznie. Dlatego szukam innego słowa. Na przykład „twórczość”. Lubię proste nazwy i nie mam potrzeby doprecyzowywania. O swetrach mówię po prostu „moje rzeczy”, nie mam żadnego manifestu ani DNA marki. Nie czuję nawet potrzeby mówienia o tym, że jestem eko czy slow. Bo wydaje mi się, że to powinno być oczywiste.

Oj, nie dla wszystkich. No ja sobie nie wyobrażam, żebym miała używać np. akrylu. Używam wełny i cały czas próbuję pracować z nią w taki sposób, żeby wydobyć z niej to, co najpiękniejsze. Ciągle coś zmieniam, czytam na ten temat wszystko, co możliwe. Próbowałam już moczyć swetry w syntetycznym moczniku i naturalnych odżywkach do włosów, żeby były jak najbardziej miękkie. Korzystam też z tradycyjnych skandynawskich sposobów zmiękczania jej. Zanim cokolwiek wdrożę w życie, robię mnóstwo prób. Raz wełna robiła się zbyt zbita, raz się kurczyła, bo trzymałam ją w płynie za długo albo za krótko.

Czy wełna zawsze jest eko? Absolutnie nie. Jeśli znajdujemy w sklepie wełniany, a już szczególnie kaszmirowy sweter za 300/400 złotych, to możemy być pewni, że wykorzystana do jego produkcji wełna była pozyskana w okrutny, przemysłowy sposób. Wielkie marki odzieżowe potrzebują kolosalnych ilości wełny, więc nie ma mowy o tym, żeby zwracały się do małych ferm. Używana przez nie wełna pochodzi z wielkich hodowli w Chinach albo Australii, gdzie nikt nie przejmuje się delikatnym strzyżeniem owiec. Przy pozyskiwaniu wełny zwierzęta są golone do krwi i ranione, są zamknięte w ciasnych przestrzeniach latami. Zaś włóczki sprzedawane w motkach (poza chińskimi markami) najczęściej pochodzą z małych ferm, które mogą zapewnić etycznie pozyskany produkt. Ja bardzo pilnuję tego, żeby materiał, który wykorzystuję był właśnie taki. Kupuję wełnę peruwiańską, z małych hodowli. I to się naturalnie wiąże z jej wysoką ceną.

Co jeszcze ma wpływ na to, jaki materiał wybierasz? Szczególnie polubiłam wełnę z alpaki, jest idealna na moje potrzeby. Moje swetry w technice intarsji, inaczej niż czapki, kominy czy balaklawy, robię na maszynie dziewiarskiej. To powoduje pewne ograniczenia, np. jeśli chodzi o grubość włókna. Alpaka sprawdza się na maszynie, ale najlepsze jest to, że to wełna „z włoskiem”.

Ten delikatny „włosek” daje Twoim rzeczom delikatność. Wyglądają jak zrobione z pajęczej nici. Czasem zdarza mi się użyć bawełny albo żyłki. Ale to tylko dla uzyskania odpowiedniego efektu. Jak w tych swetrach z elementami transparentnymi.

Te swetry z przezroczystościami są niesamowite! Skąd w ogóle bierzesz pomysły na nowe projekty? Nazwa, którą sobie wymyśliłam – Kai Kotto – brzmi trochę japońsko, a trochę skandynawsko. Jeśli ludzie widzą w moich rzeczach takie wpływy, to fajnie. Ale sama unikam takich określeń. A już szczególnie „skandynawski”. Bo w Polsce to kojarzy się z jakimś bliżej nieokreślonym minimalistycznym stylem, a samo słowo jest tak strasznie wyświechtane. A dla mnie „skandynawskość”, to o wiele więcej. Skandynawia ma tak dużo oblicz. Moje skojarzenia z czasów, kiedy mieszkałam w Szwecji czy na Islandii są zupełnie inne niż minimalizm. Dla mnie styl skandynawski to nie białe ściany, ale właśnie bogactwo kolorów. To dom Carla i Karin Larssonów.

No właśnie – kolory! Tak, kolory są dla mnie punktem wyjścia dla całego projektu. Gromadzę włóczki, kupuję ich mnóstwo na zapas, dostaję też stare motki od znajomych. A potem układam je sobie, wymyślam zestawienia kolorystyczne, łącząc kolory, wymyślam w jakiej proporcji i jak rozłożone powinny być. I tak rodzą się pomysły na wzory. Potem wyliczam liczbę oczek i rzędów, podkroje pach i dekoltów, żeby móc je zrobić na maszynie, a gotowe dodatkowo haftuję, by zrobić cieniowanie albo detale. Każdy sweter to od 35 do nawet 60 godzin pracy, z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę.

Rozmawiała: Joanna Zaguła

Zdjęcia: Kai Kotto

Podobają Ci się nasze treści? Bądź jeszcze bliżej świata Kraftu i kup nasz magazyn (a nawet prenumeratę!) w wersji drukowanej: SKLEP ONLINE 

Kategorie
Ludzie / Moda / Rzemiosło
Udostępnij