Halo, mamy problem! Nieudana lekcja plastyki polskiego szkolnictwa

Halo mamy problem. W polskim systemie kształcenia widnieje mało lekcji plastyki. W klasach I – III jest to jedynie nauczanie zintegrowane z innymi przedmiotami, w klasach IV – VII jest to jedna godzina w tygodniu. W liceum również jedna godzina, tylko i wyłącznie w pierwszej klasie, a dyrekcja szkoły wybiera czy będzie to plastyka, muzyka czy filozofia. Entliczek-pentliczek. Przesadzamy? Otóż nie – plastyka, wiedza o kulturze i sztuce są tak samo ważne, jak inne przedmioty. Już wyjaśniamy dlaczego.

Odpowiednio prowadzone lekcje plastyki mają za zadanie rozbudzać w dzieciach i nastolatkach myślenie kreatywne, stymulować i rozwijać wrażliwość wzrokową, dotykową oraz słuchową. A także pobudzać spostrzegawczość, umiejętność koncentracji uwagi, stymulować wyobraźnię, kształtować podstawowe operacje umysłowe takie jak: syntezę i analizę. Zajęcia plastyczne, kontakt ze sztuką i działalność artystyczna powszechnie uchodzą jedynie za zabawę, dodatek do systemu kształcenia. Jednak lekcje te stymulują ogólny rozwój intelektu. Ważne jest zrozumienie powagi sztuki dziecięcej (mówimy tu o uczniach młodszych klas) oraz tego, czemu ona służy i co może nam o dziecku powiedzieć. Dzieci realizują swoje pomysły bez kompleksów, tworzą z wyobraźni, przekazując w ten sposób swój obraz świata. Z tego względu twórczość dziecięca jest dla rodzica i nauczyciela cennym zbiorem informacji o rozwoju dziecka, nie tylko odnośnie uzdolnień plastycznych. Ponadto: „Sztuka rozładowuje wewnętrzne stany napięcia psychicznego, pomaga radzić sobie z własnymi uczuciami – i w tej sytuacji każdy proces twórczy nabiera szczególnego znaczenia w rozwoju.”

Mało?

W takim razie przejdźmy do innych aspektów. Lekcje plastyki są od tego, by przybliżać dzieciom i młodzieży sztukę. Chodzi o estetykę, o wykształcenie estetyczne w szerokim tego słowa znaczeniu. Wiadomo, o gustach się nie rozmawia, ale… osoba, która w swoim życiu nie miała nigdy kontaktu ze sztuką zupełnie jej nie rozumie, to jasne. Nie odróżnia sztuki od kiczu. Nie pojmuje wartości sztuki i dobrego wzornictwa. Lubi np. drukowane, pstrokate, w kolorach obrazy z sieciówki uważając je za jedyny właściwy rodzaj „sztuki” i tak też konstruuje swoje otoczenie. Pomnóżmy taką osobę przez setki, tysiące, miliony. Co nam powstaje? Np. tysiące drobnych przedsiębiorców, którzy chcąc wyróżnić się na tle konkurencji i rozwieszają przed swoimi sklepami reklamy, które silnie ingerują w przestrzeń publiczną, a tym samym nierzadko ją demolują. Setki ludzi zajmujących się „projektowaniem” i produkcją (oczywiście bez udziału projektanta, bo za drogi) kiczowatych pamiątek np. z Zakopanego, Gdańska czy Częstochowy, a także setki ludzi pracujących np. w urzędach, którzy odpowiedzialni są za podejmowanie decyzji, które mają swoje wizualne konsekwencje w przestrzeni publicznej (nie każde miasto ma architekta czy plastyka miejskiego, który może wpłynąć pozytywnie na rozbuchane pomysły burmistrza, bądź chociaż mieć nadzór nad tym jak miasto ewoluuje przestrzennie). Mało tego – takie osoby często uważają, że osoba znająca się w temacie w ogóle nie jest potrzebna, bo przecież „to co wymyśliłem jest bardzo ładne”. Co gorsza decyzje takie mogą dotyczyć obiektów zabytkowych o dużej wartości architektonicznej czy artystycznej – chociażby przykład zastąpienia ikon pędzla Jerzego Nowosielskiego we wrocławskiej cerkwi ikonami…. drukowanymi. Kolejnymi osobami o często małej świadomości znaczenia sztuki i jej wpływu na codzienność są niewątpliwie deweloperzy, którzy żądni zysku starają się za wszelką cenę usunąć „zagracające”, niszczejące budynki zabytkowe z działki, na której ma wyrosnąć budynek „po kosztach” o wątpliwej architekturze generujący zyski zdecydowanie nie „po kosztach”. Ah i jeszcze kolejna grupa – osoby prywatne z zasobnym portfelem, które postanawiają, że chcą sobie postawić współczesny pałac – jak to się kończy – architekt dla zarobku projektuje dzikie fantazje inwestora rażące w oczy nie tylko profesjonalistów.

Oto skutki

W ten sposób tworzy nam się obraz miast i miasteczek cechujących się bałaganem przestrzennym, zaśmieceniem przez miliony krzykliwych reklam, pełnych śmieci do kupienia, które uzurpują sobie prawo do bycia pięknych i potrzebnych. Wszystkie przytoczone sytuacje wynikają z systemowego braku budowania w dzieciach i młodzieży świadomości roli sztuki. A wiadomo – czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Nie twierdzę, że lekcje plastyki w szkole są w stanie zrobić z każdego konesera sztuki. Jednakże mogą przyczynić się do budowania świadomości estetycznej, rozumienia tego czym jest sztuka, wzornictwo i architektura – jaki mają wpływ na codzienne życie – że w uporządkowanym, przyjaźnie zaprojektowanym mieście żyje się lepiej, swobodniej, to, że otaczające nas kolory i kształty mają znaczący wpływ na nasze doświadczanie rzeczywistości. Ważne jest zrozumienie jaką rolę odgrywają w społeczeństwie artyści, architekci, projektanci, a także uczenie dzieci i młodzieży szacunku wobec dziedzictwa kulturowego. Na to jednak godzin plastyki jest zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że przedmiot ten tak bardzo jest w polskich szkołach deprecjonowany. Uczniowie świetnie wyczuwają atmosferę braku wysokiej rangi przedmiotu i tak też wobec niego się odnoszą – z zasady bez chęci zaangażowania.

Jest to trudna sytuacja dla nauczyciela. Nie lada wyzwanie. Mamy społecznie utarte myślenie, że plastyka, to niepotrzebny zapychacz – uczniowie coś tam sobie namalują, pobawią się. I nie jest to myślenie tylko niedoedukowanej, humanistycznie części społeczeństwa. Jest to myślenie mocno zakorzenione w umysłach wielu nauczycieli, dyrektorów szkół, w kuratoriach oświaty i w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Skąd moje zarzuty wobec ministerstwa? To politycy i urzędnicy tam pracujący i podejmujący istotne decyzje nie docenili wartości edukacji plastycznej planując tak ubogi w siatkę godzin program nauczania. W dodatku okazuje się, że już lata temu podjęli decyzje (i nadal jej nie zmienili) o tym, że plastyki mogą uczyć nauczyciele innych przedmiotów, wystarczy im stosowny kurs. Ale czy nauczyciel dajmy na to biologii (który, aby mieć szersze perspektywy zawodowe zrobił sobie ów kurs) dostrzeże ucznia uzdolnionego, który co prawda nie potrafi kształtnie odwzorować postaci z bajki, ale za to świetnie łączy kolory i ze swoich bazgrołów tworzy niesamowite kompozycje? Czy taki nauczyciel będzie w stanie edukować estetycznie? Czy krótki kurs wystarczy, aby mieć wyczucie estetyki i przekazywać je uczniom; skutecznie uwrażliwiać na dzieła sztuki, wzornictwo?  I tymi rzuconymi w eter pytaniami pozwolę sobie zakończyć moja refleksję na temat roli plastyki w systemie szkolnictwa.

Słowa: Beata Szczepaniak / artystka wizualna, projektantka marki zoża, nauczycielka plastyki

Podobają Ci się nasze treści? Bądź jeszcze bliżej świata Kraftu i kup nasz magazyn (a nawet prenumeratę!) w wersji drukowanej: SKLEP ONLINE 

Kategorie
Projektowanie / Świadomość / Sztuka
Udostępnij