Czy na walkę przyjdzie dzień? Nie ma jednej odpowiedzi na adaptacje

Nagłośniony nagłówkami naukowych raportów, kolejnymi wypowiedziami działaczy, społeczną debatą, wielkimi krokami się zbliża: kryzys klimatyczny. Zjawisko, o którym słyszał już prawdopodobnie każdy, przez jednych wypierane, innym spędza sen z powiek. Jak możemy zadbać o siebie w obliczu katastrofy? 

To nie będzie tekst o nakładaniu maseczek z resztek kawy i jedzeniu ziemniaków z ryneczku. Dbanie o siebie jest na tyle wielopłaszczyznowe, że nie polega jedynie na zapewnianiu sobie komfortu doczesnego, utulenia swojego ciała w danym dniu i momencie. Jest to oczywiście istotny element przeżywania, ale nie akurat o tym dzisiaj. Dbanie o siebie to też przede wszystkim szczerość ze sobą, a w obliczu tematyki kryzysu klimatycznego, szczerość ta może być, nieznośnie wręcz, brutalna. Nie bójmy się tych słów ani naukowej prawdy. Tak, świat, który znamy chyli się ku upadkowi i owszem, możemy robić wszystkie rzeczy, by ten upadek próbować przesunąć w czasie, ale miejmy na uwadze, że koniec końców, to niewiele może zmienić. To co na pewno się zmieni, to sposób w jaki przeżywamy każdy dzień. Jak w tym nieziemskim zawirowaniu zadbać o siebie, dokąd mamy w takim razie zmierzać? 

Czy nawarzone piwo naprawdę musimy wypić?

Dużo i coraz więcej mówi się o zrównoważonym rozwoju, że tak absurdalnie prosto to ujmę: powoli do przodu. Toczą się rozważania o zrównoważonym rolnictwie, o rozsądnym korzystaniu z zasobów, o recyklingu, o ekonomii cyrkularnej, o kupowaniu rzeczy trwałych przez lata, z ekologicznych materiałów. Dużo jest takich pomysłów i owszem, to z pewnością lepsza droga niż linearna ekonomia i bezmyślna konsumpcja dóbr plastikowych. Gdyby do wyboru było tylko myślenie o ekonomii i gospodarce, o dobrach i rozwoju, to z pewnością wybieramy to co najmniej szkodliwe. Prześcigamy się już niekiedy w staraniach, kto lepiej, mniej, rozsądniej. Sekretem (o dziwo) nie jest fakt, że mamy inne opcje. Gdyby tak po prostu, przestać się rozwijać? Owszem, obecny system gospodarczy nastawiony na zysk nie miałby prawa dalej funkcjonować w takim przypadku. Pytanie zatem czy naprawdę chcemy za wszelką cenę trzymać się kurczowo dobrobytu ekonomicznego pomijając przy tym kwestie dobrego życia za chociażby 30 lat?

Jeden z przedstawicieli nurtu de-growth Serge Latouche proponuje w swojej książce jakie zmiany powinniśmy uwzględnić z punktu widzenia polityki, żeby dążyć do lepszego życia w obliczu kryzysu już teraz. Niektórymi z jego propozycji są między innymi: uwzględnienie w kosztach transportu szkód spowodowanych transportem, ożywianie rolnictwa chłopskiego czy przekształcanie wzrostu wydajności w redukcję czasu i tworzenie miejsc pracy. Sugeruje on również stymulowanie produkcji towarów relacyjnych, takich jak przyjaźń i wiedza oraz ograniczenie marnotrawstwa energii. Wszystkie te zmiany wskazują drogę do udanego społeczeństwa po-rozwojowego. Ponieważ stale rosnąca konsumpcja nie jest zrównoważona i prędzej czy później będziemy musieli z niej zrezygnować. 

Wszystkie te sugestie, nawet jeśli dają trafne i budujące nadzieje na stworzenie nowego systemu społecznego nadal zakładają, że będziemy potrzebowali to wypracować. Jak pisze Robert Rient w swoim artykule Zachodnia kultura nastawiona na celebrowanie przyjemności traktuje cierpienie, chorobę, smutek czy rozpacz jako błąd, porażkę, zbędne doświadczenie czy przeszkodę w normalnym, czyli szczęśliwym funkcjonowaniu, nie upatrując się w tych doświadczeniach szansy na zmianę i uzdrowienia nawyków i sposobu życia. Także owszem, czekają nas kolejne życiowe schody, ale nie pozostaje nam nic innego niż podjęcie tej drogi. Na zamykanie oczu i negacje jest już za późno i nie jest to zabieg, który nazwać by można opieką nad sobą. 

Przełkniesz gorzkie łzy?

Skoro na ucieczkę i negacje nie ma miejsca, to co nam zostaje? Otóż największe złoto i kwintesencja samoukochania, to akceptacja i odpuszczenie. To nie tak, że radzę teraz wszystko rzucić i uciec w Bieszczady (chociaż można), ale bardziej, żeby oswajać się z faktem, jakie zmiany nas czekają. Pogodzić się z tym trudnym doświadczeniem, że to akurat w naszych czasach świat, który znamy chyli się ku końcowi. Co prawda najbardziej uspokajające są działania, które podejmujemy. Żyjemy skupiając mnóstwo swojej energii na zadaniach, w których upatrujemy rozwiązanie problemu lub chociaż odroczenie momentu zmierzenia się z prawdą pełną rozpaczy i lęku. 

Z pomocą przychodzi profesor Jem Bendell, lider w obszarze zrównoważonych sojuszy biznesowych, który porzucił swoją pracę i opublikował pracę naukową Głęboka adaptacja. Stworzył on koncepcje głębokiej adaptacji kryzysu klimatycznego, która przebiegać ma w trzech etapach: rezyliencji, rezygnacji i rewitalizacji poprzedzonych akceptacją ryzyka katastrofy społecznej ze względu na zmiany klimatu. Tylko ta właśnie akceptacja pozwoli nam dostrzec nowe perspektywy funkcjonowania społeczeństwa przy załamaniu się porządku norm prawnych i ponownej hierarchizacji wartości. Traktuje on rezyliencje jako proces adaptacji wobec przeciwności losu, w tym wobec zagrożenia zdrowia i silnego stresu związanego z kryzysem ekonomicznym czy na płaszczyźnie relacji. Nie jest to powrót do tego samego stanu przedtraumatycznego, a przeżycie i przyjęcie wszystkich emocji z tym związanych, które prowadzić ma do nowego ładu. Czeka każdego z nas z osobna i wszystkich jako całość społeczeństwa poważna rozmowa ze sobą. Jak radzi profesor, potrzebujemy dokonać twórczej reinterpretacji wartości i priorytetów, które umożliwią nam zjednoczone przetrwanie.

Dokąd zmierzamy?

Idąc dalej tropem profesora Bendella, powinniśmy w tej rozmowie ze sobą zadać sobie szereg następujących pytań. Co chcę ocalić? Jakie wartości są dla mnie istotne? Co jest istotniejsze od miłości, zdrowia, spokoju? Proces rezyliencji naturalnie prowadził będzie do rezygnacji, porzucenia dotychczasowych priorytetów i celów na rzecz nowych, bardziej dostosowanych do środowiska i sytuacji. Jego zdaniem, powinniśmy zacząć już teraz. Na rezygnacji nie kończy się proponowany proces adaptacji, następnym etapem, dużo bardziej optymistycznym jest rewitalizacja. Ma stanowić odpowiedź na pytanie co możemy przywrócić? Trochę jak cofnięcie się do starych, dobrych czasów, tylko takich naprawdę starych, rdzennych wręcz wartości. Dla nas, żyjących, tworzących i rozwijających się w zachodniej kulturze zabrzmieć to może jak kosmiczny pomysł powrotu do jaskini. Jednak proces ten stopniowo wkrada się już do naszych żyć chociażby pod postacią świadomości, że nasz dobrostan i zdrowie współzależą od dobrostanu natury, ziemi, drzew, zwierząt, powietrza i innych ludzi. Nasze zdrowie jest zależne od zdrowia tych, z którymi dzielimy przestrzeń życiową. Ta myśl nie wydaje się już tak egzotyczna, prawda?

Nie będę radzić, jak dokładnie wracać do tych rdzennych wartości, bo jest to proces jeszcze nam nieznany. Widzę natomiast potencjał, że samo eksplorowanie tak nieznanego przynieść może wiele korzyści. Przykładami rewitalizacji od profesora Bendella jest powrót do sezonowej diety, odkrywanie analogowych form rozrywki oraz rozwój lokalnych form produkcji i spółdzielczości. Od siebie natomiast dodam, po analizie kilku prac wspomnianych tu autorów, że potrzebujemy kilku fundamentalnych podmianek. Sukcesy zawodowe zamieniałabym na te w relacjach. Chęć posiadania podmieniłabym na potrzebę przeżywania. Dążenie do wyznaczonych celów, z racji tego, że może się na nic nie zdać, zastąpiłabym obserwacją drogi, którą wybieram w życiu. Szukajmy dóbr, które nie mogą być przeliczone na pieniądze, otaczajmy się pięknem wiecznym: ideami, harmonią, miłością i wiedzą. Możemy oddychać, biegać i jeść, możemy spać, tańczyć i śmiać się, cieszmy się tym, a na walkę nigdy nie przyjdzie dzień.

Słowa: Karolina Łapińska

Zdjęcia: Dawid Rakowski (archiwum prywatne z podróży do Peru)

Źródła: La Monde diplomatique, Przekrój, Głęboka adaptacja

Podobają Ci się nasze treści? Bądź jeszcze bliżej świata Kraftu i kup nasz magazyn (a nawet prenumeratę!) w wersji drukowanej: SKLEP ONLINE 

Kategorie
Ekologia / Ludzie / Świadomość
Udostępnij